

Po pierwsze, każdy poseł jest przedstawicielem całej RP, a nie okręgu wielkości nieco mniejszej od powiatu. Bałbym się tego rodzaju mechanizmu. Po drugie, jest to mechanizm związany z tym, że przy okręgach jednomandatowych (tu najlepszym przykładem jest Wielka Brytania) partia, która dzisiaj jest wielkości PO (jeżeli chodzi o poparcie), czyli potężna i bardzo liberalna nie ma nic do powiedzenia. To jest groźba tego rodzaju, że bardzo poważne siły polityczne, które mają jednak równe i wysokie poparcie w całym kraju, mogą nie mieć nic do powiedzenia. Jest jeszcze trzecia sprawa związana z tym, że lokalne układy są bardzo istotne. Polska ta lokalna jest bardzo ważna, ale najważniejsza jest Polska jako całość. Sejm w 1790 roku, sejm I RP uznał, że każdy poseł jest reprezentantem całej Rzeczypospolitej.
Ta wypowiedź prezydenta-elekta odsłania szereg interesujących aspektów tego problemu. Po pierwsze porównanie sytuacji w Wielkiej Brytanii z sytuacją wyborczą w Polsce. Jak wiadomo w UK, w wyborach tegorocznych, zwyciężyła Partia Pracy zdobywając 356 mandatów, co stanowi bezwzględną większość i partia ta, już na drugi dzień po wyborach utworzyła rząd. W Polsce, jak widzimy, rząd tworzy samodzielnie partia, która ma zaledwie 155 posłów, a więc zaledwie 1/3 Sejmu i rząd ten rodzi się w ciężkich bólach i nie ma wcale pewności, że przetrwa nawet pierwsze głosowanie. Jaki tu może być powód do zadowolenia i stawiania tej sytuacji jako dobrego kontrprzykładu wobec Wielkiej Brytanii?
W Wielkiej Brytanii nie ma mowy, żeby mandat poselski zdobył kandydat, którego poparło mniej niż ok. 20 tysięcy wyborców w jednym niewielkim okręgu. W Polsce, w dniu wyborów było 30 milionów 229 tysięcy uprawnionych do głosowania. Do urn poszło 12 milionów 263 tysiące, a więc 40,6%. Jeśli te liczby podzielimy przez 460 posłów, to jeden poseł wypada na 65.715 wyborców, natomiast na 26.660 tych którzy poszli głosować. Liczby te nie wiele się różnią od tych dla Zjednoczonego Królestwa. Inaczej jednak sprawa się przedstawia, gdy popatrzymy ile naprawdę głosów zdobyli nasi posłowie.
Warto zastanowić się przez chwilę nad wymową tych liczb. 82,6% obywateli polskich nie ma w Sejmie posła, na którego chcieliby głosować. Ale przyjmijmy, zgodnie z tym, co nam wmawiają autorytety moralne, że ci, co nie chodzą głosować sami są sobie winni, nie są prawdziwymi obywatelami, kto nie głosuje nie ma nic do gadania.
Czy faktycznie Sejm, na który oddała głos mniej niż 1/5 (17,4%) polskich wyborców posiada prawdziwą legitymację do ustanawiania prawa? Do sprawowania rządów?
Okazuje się jednak, że większość z tych, co zadali sobie ten trud – bo aż 57% też nie znajduje w Sejmie ludzi, na których głosowali! Jak to jest z tą reprezentatywnością Sejmu?
Ponieważ nie jest to sytuacja nowa: ona się powtarza z wyborów na wybory, ludzie tego nie wiedzą, bo nikt nie analizuje szczegółowo wyników wyborów, ALE CZUJĄ, że jest tu coś nie w porządku, czują, że mają do czynienia z tym, co tygodnik „Wprost” określił jako oszustwo demokratyczne („Wprost” z 9 października 2005).
Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa, kiedy odejdziemy od danych globalnych – dotyczących całego Sejmu, a zajmiemy się poszczególnymi posłami.
Kogo reprezentują nasi posłowie?
Jak powiedzieliśmy wyżej, na jednego posła wypada w Polsce 65.715 wyborców. Zaledwie SZEŚCIU posłów w obecnym Sejmie przekroczyło tę normę przedstawicielską.
Tylko 23 posłów przekroczyło tę drugą normę, 26.660, jaka wynika z podzielenia liczby głosujących przez 460. Zaledwie 163 na 460 uzyskało więcej niż 10 tysięcy głosów poparcia. 240 mieści się w przedziale od 5-10 tysięcy głosów poparcia, a 57 nie uzyskało nawet 5 tysięcy głosów. Jeden okręg wyborczy w Polsce zamieszkuje, średnio ok. 737 tysięcy wyborców. Z tego wynika, że prawie 2/3 posłów w Sejmie nie reprezentuje nawet 1% (jednego na stu!) wyborców z ich okręgów wyborczych!
Dopiero porównanie tych ostatnich liczb daje nam pojęcie o tym, czym różni się poseł w Wielkiej Brytanii od posła w Polsce. W Wielkiej Brytanii KAŻDY poseł zdobył ok. połowy głosów wyborców jego okręgu – w Polsce zaledwie 23 posłów – w ogromnych okręgach wyborczych, dziesięciokrotnie większych od brytyjskich – uzyskał porównywalną liczbę głosów, a ogromna większość, 2/3, nie uzyskała poparcia więcej niż 1 na 100 wyborców w jego okręgu wyborczym! Gdyby w Polsce obowiązywały takie standardy demokratyczne jakie obowiązują w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, USA czy w Indiach, to ponad 2/3 naszych posłów nie miałoby nawet cienia szansy na znalezienie się w parlamencie!
Kiedy obserwujemy teatr polityczny ostatnich tygodni, kiedy widzimy kłopoty z wyłonieniem rządu i znalezieniem legitymacji dla jednopartyjnych rządów PiS-u, powinniśmy zdać sobie sprawę, że są to wszystko pochodne tego oszustwa wyborczego. Ludźmi, którzy nie mają poparcia nawet jednego procenta wyborców łatwo manipulować i łatwo tworzyć z nich najprzeróżniejsze koalicje. Jesteśmy tego świadkami i to będzie trwało nadal i nie skończy się na udzieleniu votum zaufania dla nowego rządu, czy nie udzieleniu takiego votum. Ten proces erozji demokracji w Polsce będzie trwał. Będzie trwał tak długo, aż zrozumiemy, że ten oszukańczy system wyborczy należy odrzucić i dać wreszcie Polsce szansę na demokrację autentyczną, która dopiero potrafi wyłonić władzę z autentyczną legitymacją obywatelską.