Niska frekwencja to skutek wadliwego ustroju III RP

      Tomasz J Kazmierski, 2005-10-05

      W bardzo wielu komentarzach powyborczych pojawia się psioczenie na naród z powodu bezprecedensowo niskiej, bo tylko 40% frekwencji. Znowu dowiadujemy się, że polskie spolczeństwo jest rzekomo niedojrzale. Według komentatorów Polacy nie zasługują na dobry rząd, skoro aż 18 milionow wyborców nie chciało skorzystać z prawa oddania głosu.

      Tymczasem bojkot niedzielnych wyborów był postępowaniem najzupełniej rozsądnym.

      Czynne prawo wyborcze jest bowiem nic nie warte, jeśli obywatele są pozbawieni prawa biernego, czyli prawa do samodzielnego zgłoszenia swojej kandydatury. Jakość ustalanych odgórnie list kandydatow jest niska. Aż dziw, że tylko 60% obywateli odstraszonych zostalo od udziału w wyborach.

      Obecny sposób tworzenia list kandydatów ma swój rodowód w czasach PRL, kiedy każdy wprawdzie miał prawo glosować, ale tworzyć listy wyborcze mógł tylko Front Jednosci Narodu.

      W Wielkiej Brytanii, aby umieścić swoje nazwisko na liscie kandydatów, wystarczy zebrać 10 podpisów i wpłacić 500 funtów kaucji, która jest zwracana w wypadku uzyskania co najmniej 5% oddanych glosów.

      Polska ordynacja pozwala jedynie na wystawienie swej kandydatury do Senatu, stawiając jednak nienaturalnie wysoką barierę zebrania 3000 podpisów. Uzyskanie takiej ilości podpisów wymaga co najmniej 500 godz. robocizny.

      Ponieważ pracę tę trzeba wykonać w krótkim czasie, kandydat do Senatu musi dysponować całym aparatem zbierających podpisy woluntariuszy, bo ordynacja zabrania pobierania za to wynagrodzenia.

      W wyborach do Sejmu, które są o wiele ważniejsze, ordynacja nie daje obywatelowi nawet takiej, utrudnionej możliwości kandydowania. Prawo samodzielnego zgłoszenia się na listę kandydatów jest obywatelom III RP odebrane. Każde nazwisko na listach kandydatów do Sejmu znalazło się tam wyłącznie dzięki nieznanym wyborcom, układom i zabiegom, odbywającym się na wiele tygodni przed wyborami.

      Z kolei spośród tych, największe szanse mają najposłuszniejsi wobec protektorów, czyli ci umieszczeni na poczatku listy.

      Co więcej, realne szanse na mandat mają tylko ci z nich, których protektorzy dysponują wielomilionowym majątkiem, potrzebnym do zgłoszenia setek kandydatów i prowadzenia kampanii umożliwiającej zebranie co najmniej 5% glosów w skali kraju.

      Niereprezentatywny i korupcjogenny skład Sejmu został już więc przesądzony na dlugo przed dniem 25 września.

      Legalność wyborów do Sejmu III RP podważona jest nie tylko przez brak powszechnego, biernego prawa wyborczego, ale także przez nieprzejrzystość procedur. W odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii, USA i innych krajów demokratycznych, polscy obywatele nie liczą sami glosów i nie oglaszają sami, kogo wybrali. Robi to za nich specjalna agencja centralnej administracji państwa. Co zresztą mówić o liczeniu glosów samemu, kiedy nawet wyjęcie kart z urny i liczenie glosów nie odbywają się publicznie.

      Uniemożliwia to zwykłym obywatelom i mediom choćby tylko obserwowanie procesu. Nawet wykonana z dykty urna wyborcza robi wrażenie teatralnego rekwizytu. Jakby chciano w ten sposób podkreślić, że wybory w III RP to tylko zabawa na niby, naigrawanie się z publiczności, która w tej szaradzie pełni jedynie rolę biernych statystów.

      Cech polskiego prawa wyborczego, stawiających pod znakiem zapytania jego legalność, jest wiele. Inna z nich, to dziwaczny i antydemokratyczny sposób dzielenia sejmowych mandatów. Głosy oddane na jednych kandydatów mogą zostać użyte do przyznania mandatów innym kandydatom. Jest regułą, że mandatów często nie otrzymują kandydaci, którzy w tych samych okręgach uzyskali wiecej glosów niż zdobywcy sejmowych miejsc.

      Szczególnie spektakularna anomalia tego typu wystąpila rok temu, w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Kandydatka Anna Sobecka zostala absolutną zwyciezczynią w okręgu kujawsko-pomorskim z wynikiem 36,609 glosów. Jednak nie otrzymała ona mandatu, a do brukselskiego parlamentu wszedł w tym okręgu kandydat z trzecim (nawet nie drugim!) wynikiem, o ponad 10 tys glosów gorszym.

      Czyż można się dziwić Polakom, że nie chcą uczestniczyć w takich wyborach?

      Komentatorzy lamentujący nad stanem świadomości polskiego spoleczeństwa zarzucają Polakom bojkotującym wybory obojetność. Taki zarzut może postawić chyba tylko ktoś, kto poza oddaniem głosu raz na cztery lata nic innego nie robi w sprawach publicznych. Głosowanie w pseudo-wyborach do Sejmu III RP to dość tani sposób łudzenia się, iż ma się choćby minimalny wpływ na rzeczywistość.

      Żaden patriota i dobry obywatel nie chce być bierny w sprawach publicznych. To oczywiste. To, że Polacy zbojkotowali ostatnie wybory, oznacza tylko, że nie chcą być biernymi statystami w oszukańczym spektaktlu, a nie, że są bierni w ogóle. Dowodów na aktywność spoleczeństwa jest wiele.

      Widać choćby, jak ciagle rośnie w siłę Ruch na Rzecz Jednomandatowych Okregów Wyborczych (www.jow.pl), mimo całkowitego obłożenia medialną cenzurą jego dzialań i publikacji. Wystawienie aż 11 kandydatów w wyborach do Senatu wymagało ciężkiej pracy setek działaczy Ruchu. Praca ta opłacila się choćby dlatego, że dzięki niej Ruch JOW uzyskal cząstkowy dostęp do regionalnych oddzialów centralnych mediów, co pozwoliło na uzyskanie nowych zwolenników.

      Droga do prawdziwej demokracji, w której nasza prastara Izba Poselska będzie wreszcie zwrócona narodowi, jest długa i ciężka. Ale cel tej drogi jest jasny.

      Tomasz J Kazmierski
      Southampton, 1 pazdziernik 2005r

      « wróć | wersja do wydruku | odsłon: 1734

      Polecamy

       

       

       

       

      Wsparcie prawne portalu:


       

      Osowianin Roku